| Misja na Madagaskarze |
|
|
|
W niedzielę 10 maja gościliśmy w naszej parafii ks.Marka Maszkowskiego który od 20 lat jest misjonarzem na Madagaskarze. Manantenina jest wyizolowanym obszarem południowo-wschodniego Madagaskaru, stale nawiedzanym przez gwałtowne opady i cyklony.
Ks. Marek Maszkowski CM, misjonarz ze zgromadzenia św. Wincentego a Paulo, oraz 4 siostry szarytki (autochtonki) prowadzą Misję św. Józefa. Misja została założona 52 lat temu i obecnie należy do niej 40 kaplic filialnych i 25 szkół dla 2550 uczniów. Wszystko ukryte w buszu. Nie ma dróg, mostów, kanalizacji, elektryczności ani linii telefonicznej. Nie dociera służba zdrowia ani policja. Ksiądz Marek musi być jednocześnie misjonarzem, pedagogiem, lekarzem, urzędnikiem i rozjemcą. Żyjącym tu katolikom, protestantom i animistom rozdaje lekarstwa, uczy podstawowych zasad higieny, uprawy roli. O konflikty lokalne nietrudno, w ruch idą wtedy maczety i czary. Już raz zdarzyło się, że cała wioska schroniła się w murach kościoła. Jedno, przed czym jak dotąd nie ma schronienia, to powolna i okrutna - śmierć głodowa.
Wiosną 2006 roku zieleniące się właśnie plantacje manioku i kiełkujący ryż dawały nadzieję, że widmo głodu odejdzie z parafii. Mieszkańcy czekali na Wielkanoc. Dokładnie w Wielki Piątek zaczęła się dla nich droga krzyżowa, która trwała pół roku - pół roku nieustannych deszczy, które całkowicie zrujnowały uprawy. Wracając codziennie do domu przez mokry busz, ks. Marek mijał połamane drzewa, obsunięte brzegi rzek, ryżowiska zamulone piaskiem. Za nim ciągnęły dziesiątki, setki ludzi. Na swoich przypominających patyki, osłabionych z niedożywienia nogach przemierzali nawet 40 km z prośbą o jedzenie i lekarstwa. z ulotki misyjnej; foto: Sosna
- Rozdawaliśmy resztki zapasów, kupionych za pieniądze zebrane w Polsce. Patrzyłem na nich i myślałem: ludzie z Auschwitz - ks. Marek, który od tego czasu posiwiał, przeprasza za porównanie. - Gdy maniok i ryż się skończyły, jedliśmy to, co zostało... głównie korę z drzew oraz vin , której korzenie nadają się do jedzenia - dodaje ciszej misjonarz i pochyla głowę. - Miała smak ziemi albo raczej gąbki, nasiąkniętej wodą. Vin żywi, ale na dłuższą metę działa jak trucizna. Po kilku miesiącach dzieci dostają bolesnych obrzęków. Tego roku w parafii Manantenina zmarło 1400 osób. Kto próbował ratować się na własną rękę, ten po prostu kradł. Kara za kradzież jedzenia jest wymierzana przez samych mieszkańców. Złapany na gorącym uczynku jest nabijany na "tsipanga" (twardy bambus) i umiera po kilku dniach. Nikt się temu nie dziwi.
10 złotych stypendium
To nie Europa, gdzie na dany sygnał z pomocą biegnie przedstawiciel Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Ks. Marek robi, co może: interweniuje u władz lokalnych, robi kwestę wśród znajomych w Polsce. A potem wraca na plebanię, gdzie na jego rękach umiera jedno z 10 dzieci, przyniesionych tu dzień wcześniej przez zrozpaczonych rodziców. - Chciałoby się od tego, uciec, nie patrzeć - pisze w jednym z listów do swojego brata, misjonarza we Francji - ...ale wiem, że to by była dezercja.
Koszt kształcenia jednego dziecka wynosi w przeliczeniu 10 zł, a pensja nauczycielska - 100 zł rocznie.
Jeśli możesz, pomóż: ks. Marek Maszkowski
Tu leży Manatenina Pokaż Manantenina, Madagaskar na większej mapie |


