| Jan Trymbulak 26 marzec 1926 – 10 maj 2004 |
|
|
|
Życie dla Boga i Ojczyzny „Przed wojną należałem do harcerstwa. Byłem bardzo aktywnym harcerzem. Miałem nauczyciela Stanisława Turkiewicza, który był oficerem rezerwy Wojska Polskiego.On wpoił mi dewizę: Bóg – Honor – Ojczyzna i tego się trzymam do dziś" – wspominał Jan Trymbulak, urodzony w 1926 roku w Trościańcu Wielkim w województwie tarnopolskim. „Miałem trzynaście lat,jak wybuchła wojna. Gdy Sowieci od 17 września 1939 r. rozbrajali Wojsko Polskie, to ja karabiny, które mogłem dostać na polu, zbierałem i chowałem. Nie zdawałem sobie nawet z tego sprawy: po co to?, ale coś mi tak mówiło, żeby je zbierać". Przyniesioną z pól broń chował pod snopkami słomianego dachu w rodzinnym domu. Pod sowiecką okupacją ukończył szkołę powszechną. W czerwcu 1941 r. ruszyła ofensywa Niemców na ZSSR. W lesie w okolicach Trościańca pozostały po Rosjanach spore ilości broni, samochodów i czołgów. Piętnastoletni wówczas Janek wraz z kilkoma kolegami wymontowywał broń i granaty. „U mnie pod każdym krzakiem były zakopane jakieś granaty. Zapalniki do granatów to nawet chowałem babce do łóżka, żeby nie zamokły. Wiedziałem, że nie mogą zamoknąć" - wspominał po latach. Wtedy tez harcerze stali się żołnierzami Armii Krajowej. Starsi żołnierze brali od nich broń już bezpośrednio do oddziałów. O tych wydarzeniach relacjonuje kapitan Marian Niżankowski ps. Junosza w sprawozdaniu z działalności AK na terenie byłego powiatu Zborowskiego należącego do okręgu tarnopolskiego AK w latach 1941-1944: „Duże uznanie, obok dorosłych, należy się kilkunastoletnim chłopcom harcerzom. Oni to dostarczyli najwięcej karabinów. Byli to: Władysław Półtorak, przydomek »Pantaracio«, ps. »Szpak«, Władysław Półtorak, syn Jana (Kłym), Jan Dajczak - »Koziar«, Jan Trymbulak, Stanisław Dzik i inni". W czerwcu 1943 r. jako siedemnastolatek został wzięty na przymusowe roboty. Chcąc tego uniknąć myślał o ucieczce do partyzantki, ale z uwagi na bezpieczeństwo rodziny zdecydował się wyjechać do Austrii. Po ośmiotygodniowym pobycie w obozie karnym pracował jak niewolnik kolejno w gospodarstwie rolnym bauera Johanna, w zakładzie samochodowym Steyer--Daimler oraz w winnicy Fanny Mandl pod Wiedniem. Do wolnej Polski Po zakończeniu działań wojennych Jan Trymbulak powrócił do kraju. ,Jadąc do Polski, myślałem, że jest ona wolna, tak jak przed wojną. Komunę poznałem jeszcze na Wschodzie. Widziałem aresztowania moich bliskich” - opowiada. Nie posiadał też żadnych informacji o rodzinie. W kwietniu 1946 r. wstąpił do organizacji zbrojnej o nazwie „Organizacja Niepodległościowa »Ogień«" działającej na Podhalu. Tam toczyły się ciągłe walki z milicją i wojskiem. Jan Trymbulak jako młody człowiek, nie mający rodziny, kierowany był do rozmaitych trudnych zadań. Wyjeżdżał w mundurze wojskowym po broń do Rybnika, gdzie zlikwidowano podziemną placówkę. „W 1947 r. jak było referendum zostałem wysłany do Kłodzka, żeby trochę postraszyć komunistów. W Kłodzku byłem pierwszy raz aresztowany i uciekłem. To nawet do tego doszło, że milicjanci wstydzili się widocznie tej nieudanej akcji, bo na rozprawie tego nie podali". Po śmierci majora „Ognia" organizacja przez niego kierowana uległa rozproszeniu. Kilkakrotnie aresztowany, ścigany lisfami gończymi, rozesłanymi na całą Polskę, wychodził z wielu trudnych opresji obronną ręką. Niejedna z nich mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu dla ludzi o silnych nerwach. „Czyjaś Ręka czuwała nade mną". Kiedyś jadąc pociągiem do Wrocławia dowiedział się, gdzie osiedlili się dawni mieszkańcy Trościańca Wielkiego. Tak dotarł do Pleszewa i odnalazł swoich rodziców i bliskich. Od 1949 r. pracował na gospodarstwie rodziców. Wkrótce poznał swą przyszłą małżonkę Genowefę i założył rodzinę. 30 kwietnia 1951 r. po raz ostatni został aresztowany przez funkcjonariuszy MO w Broniszewicach w powiecie jarocińskim i osadzony w więzieniu kamo-śledczym w Zielonej Górze. 3 lipca tegoż roku przewieziono go do więzienia Montelupich w Krakowie. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie z 29 grudnia 1951 r. został skazany na 15 lat więzienia, choć prokurator domagał się kary śmierci. Łagodny - jak na owe czasy - wyrok był zasługą dwóch ławników, którzy prowadzili targ o jego życie. W tym niezwykłym procesie sądowym Jan Trymbulak także dopatruje się Bożej ingerencji, gdyż takie sytuacje się nie zdarzały i trudno to inaczej wytłumaczyć. Karę odbywał kolejno w więzieniach w Krakowie, Barczewie, Iławie i Sztumie. Tam na własnej skórze doświadczył i poznał smak stalinowskich metod znęcania się nad skazańcami często w głodzie i chłodzie. W murach więziennych miał jednak czasem dobre sny, w których widział piękny sad i jelenia. Te sny pokrywały się z datami, kiedy w kościele jego najbliżsi gromadzili się na Mszy św. sprawowanej w intencji syna, męża i ojca Jana. Wtedy też złożył ślub odbycia po wyjściu na wolność pielgrzymki do Częstochowy. Na mocy amnestii został zwolniony w kwietniu 1956 r., jednak więzienie opuścił dopiero we wrześniu. Wreszcie w domu Po wyjściu z więzienia zamieszkał wraz z rodziną w Dąbrowie. Po raz pierwszy dane mu było zobaczyć i poznać swego pierworodnego pięcioletniego syna Tadeusza. W październiku został zatrudniony w Zakładach Mechanicznych „Ofama" w Opolu, gdzie dał się poznać jako dobry i ceniony pracownik. Był aktywnym członkiem zakładowego Klubu Honorowych Dawców Krwi oraz współzałożycielem NSZZ „Solidarność". W trudnych czasach organizował Msze św. w intencji pracowników „Ofamy", które odprawiane były w kościele św. Józefa w Opolu Szczepa-nowicach. Z jego inicjatywy trochę grosza od pracowników „Ofamy" wpłynęło na rzecz budowy kościoła w Winowie. Za wiedzą dyrekcji zakładu organizował także pieniądze, za które następnie kupowano prezenty dla dzieci z Domu Dziecka w Czarnowąsach. Wielokrotnie brał udział w pieszej pielgrzymce z Opola na Jasną Górę, idąc zawsze na czele grupy niemodlińskiej z krzyżem, który zrobił w „Ofamie". W 1990 r. został ławnikiem w Sądzie Wojewódzkim w Opolu.Pełnił tę funkcję przez dwie kadencję. Po 34 latach wzorowej pracy w 1991 r. przeszedł na zasłużoną emeryturę. Gorliwość o Dom Boży Jego zaangażowanie było widoczne właściwie zawsze. Potrafił pogodzić pracę w zakładzie, z gospodarką i jeszcze zawsze znalazł czas, aby zrobić coś przy kościele. Kiedyś został zagadnięty przez ówczesnego proboszcza ks. Tadeusza Maciaszka: „Jak ty to wszystko godzisz"? - padła wówczas prosta odpowiedź -„zawsze odrzucam to »nie chce mi się«" - i jakoś szło. Parafianie wspominają, że pan Jan każdego roku w lesie własnoręcznie siekierą rąbał drzewo na opał dla starszych wdów, o których zapomnieli najbliżsi i zanosił im do domów. Dziewięćdziesiąt procent parafialnych inicjatyw, było sprawką pana Jana, który widzi najmniejszą dziurkę w rynnie, wysoką trawę na cmentarzu i pęknięty krzyż, który trzeba odnowić. Dostrzegał problem i zaradzał temu, organizując grupy do prac bądź zbierając pieniądze. Gorliwie troszczył się o to, aby innym zimą było w kościele ciepło. Obok spraw materialnych parafii, na sercu leżały mu również sprawy duchowe - nabożeństwa, pielgrzymki, nawet nie zawsze godne zachowanie ministrantów. Jego głos wyrażał wszystko. To za jego staraniem główna ulica w Dąbrowie nosi imię ks. prof. Józefa Sztonyka. Również pomnik na grobie tego przedwcześnie zmarłego kapłana powstał z jego inicjatywy. Wieloletnia obserwacja tego niezwykłego człowieka dały mi dużo do myślenia, dlatego też powyższy tekst niech będzie wyrazem szacunku i wdzięczności za całe Jego życie. |



„Miałem trzynaście lat,