Internowani wspominają ks. prof. Józefa Sztonyka (9 III 1933 - 19 IV 1989) Drukuj Email

 

z2886202X

 

"Ja jestem Józef, wasz brat".Tymi słowy 13 grudnia 1981 roku przedstawił się internowanym w nyskim więzieniu ks. Józef Sztonyk. - Ale nie był naszym bratem. On był ojcem, o którego względy rywalizowaliśmy, wyzbywając się własnych dziwactw. A o względy brata się przecież nie rywalizuje - mówi Jarosław Chołodecki, b. wiceprzewodniczący Zarządu Regionu "Solidarności". W rocznicę ćwierćwiecza byli działacze "S" spotkają się nad grobem swego kapelana .

Dla wszystkich internowanych w więzieniu w Nysie ks. Józef Sztonyk był po prostu Józkiem. Przyszedł do ich kilkuosobowych cel już pierwszego dnia stanu wojennego i kazał do siebie mówić po imieniu. Ówcześni opozycjoniści wspominają go jednoznacznie: skromny, życzliwy, mądry, uczynny, a także: zdystansowany, kontemplujący, mistyczny. Wreszcie: niesamowity geniusz, jeden z nas.

 

Przemyt elektroniki

Jego postawa wzbudzała pewność i zaufanie. Rozmawiając z nim miało się nieodparte wrażenie, że zna się go od lat. - Niektórzy z nas nie mogli się pogodzić z tym, że siedzą. Twierdzili, że przecież nie zrobili nic złego, ani dobrego. Józef potrafił w nas wzbudzić poczucie misji. Przekonywał, że to nasze siedzenie mobilizuje tych, którzy są poza kratami. Namawiał byśmy się rozwijali i nie marnowali czasu, bo energia, którą tam wytworzymy, będzie procentować w przyszłości - wspomina Chołodecki.

Inni dodają, że ksiądz był zaangażowany emocjonalnie po ich stronie, podtrzymywał ich na duchu, "by nie ustawali w walce". - Mówił nam, że z nami jest szczęśliwy, bardziej niż po tamtej stronie. Z nami może oddychać atmosferą wolności. Do tego był odważny i dawał tego świadectwo - dorzuca Zbigniew Bereszyński.

Już w lutym ks. Sztonyk przemycił dla internowanych w kieszeniach sutanny pierwsze radio. Przez kolejne dwa miesiące było jedynym w całym więzieniu (chowano je przed strażnikami w stojącym na stoliku pojemniku z cukrem).

Dzięki księdzu, ludzie mogli zobaczyć, jak naprawdę żyją internowani. - Przemycił do więzienia aparat Smiena. Porobiłem zdjęcia, a on wyniósł aparat, a potem wywołał film. I tak kilkakrotnie - opowiada Antoni Klusik, wówczas fotograf opolskiej "S".

Przy następnych odwiedzinach to podarowane przez kapelana odręcznie przepisane teksty piosenek, m.in. ukraińskich dumek i pieśni legionowych.

Życie biegło na więziennych korytarzach i w otwartych do godz. 20 celach - ks. Sztonyk przysiadał w nich i uczył internowanych melodii. - Pamiętam, "Hejże ojcze atamanie" - wspomina Chołodecki. - A potem rozbrzmiewały chóry więzienne. Mieliśmy wrażenie, że słyszy nas cała Nysa - dodaje.

Ta usłyszała ich prawdziwie dopiero wtedy, gdy "Józek" przemycił do więzienia radiomagnetofon. - To dzięki niemu w obieg poszły taśmy ze słynnymi śpiewami internowanych - twierdzi Klusik.

- Jego kieszenie sutanny były zawsze wypełnione literaturą niewskazaną. Przez niego szły listy w jedną, i w drugą stronę - zapewnia Chołodecki.

Skrzynka kontaktowa

Józef Sztonyk chciał zostać księdzem już jako dziecko. W ankiecie przed przyjęciem do seminarium w Nysie w 1951 roku napisał: "myślałem o obraniu stanu duchownego już od dzieciństwa i kieruję się tym, że w stanie kapłańskim będę mógł najwięcej uczynić dobrego dla ludzi i najlepiej zbliżyć się do Boga".

Po skończeniu seminarium został wikariuszem w Sośnicy k. Gliwic. Jednak już po roku biskup opolski Franciszek Jop skierował go na Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie specjalizował się w teologii moralnej. Po zdaniu egzaminów licencjackich zaczął wykładać w nyskim seminarium.

W styczniu 1978 roku objął parafię św. Dominika w Nysie, a w październiku 1981 roku został mianowany kapelanem położonego na terenie parafii zakładu karnego.

- W tym czasie ujawnił w całej pełni swój dar podejścia do ludzi, otwierania ludzkich serc do spraw bożych - pisze we wspomnieniu ks. prof. Kazimierz Dola.

Bereszyński był jednym z wielu internowanych, którzy po długiej życiowej przerwie przystąpili w więzieniu do spowiedzi. - Ale ja nie wiem, czy to zasługa ks. Sztonyka, czy też wyspowiadałbym się u każdego księdza. Na pewno ks. Józef uformował religijnie niektórych z nas, choć nie miał na to za wiele czasu, godziny jego odwiedzin były ograniczone. Oczywiście, że w więzieniu bardziej praktykuje się życie religijne, ale nie na tym aspekcie opierało się nasze życie. On był bardziej kolegą, przyjacielem. Takim jednym z nas - zapewnia Bereszyński.

Ks. prof. Dola jest przekonany, że posługa kapelana dawała ks. Józefowi nie tylko wewnętrzną satysfakcje, ale też niezwykle go absorbowała, nawet wtedy gdy uwięzieni byli sukcesywnie zwalniani. Zostały bowiem między nimi zadzierzgnięte więzi duszpasterskie i przyjacielskie.

Zanim jeszcze rozwiązano internat jego plebania była pełna rodzin internowanych. Służyła nie tylko jako hotel, ale też miejsce, gdzie rozdzielano dary dla potrzebujących, albo gdzie można było dowiedzieć się czegoś o więźniach. Słowem - skrzynka kontaktowa.

Nic się nie zmieniło, kiedy internowani powychodzili na wolność. U "Józka" spotykali się opozycjoniści z Wrocławia i Opola. - Każdy z nas był wciągnięty w działalność podziemną - wspomina prof. Jerzy Przystawa z Uniwersytetu Wrocławskiego. - U Józefa przekazywaliśmy sobie informacje, on był naszym naturalnym łącznikiem. Oczywiście, że rozmawialiśmy o działalności politycznej, ale w gruncie rzeczy te spotkania u niego na plebani miały przede wszystkim charakter przyjacielski, a nie organizacyjny - dodaje prof. Przystawa.

- Zastanawialiśmy się, jak kolportować literaturę, jak włączyć się w przygotowanie do pielgrzymki Ojca Świętego, a także jak i gdzie znaleźć pracę. On przede wszystkim słuchał powtarzając, byśmy byli szczerzy w swoich poczynaniach, a nie próbowali czegoś ugrać dla siebie. Był mężem odpowiedzialnym za etykę tego, co robimy - analizuje Chołodecki.

Udział w spisku

W styczniu 1983 roku do Otmuchowa zjechało z całej Polski 125 osób, głównie nyskich internowanych. Pod nosem esbecji w tamtejszym kościele ks. Józef Sztonyk i ojciec Józef Czaplak (jezuita z Opola, zaangażowany w działalność opozycyjną, ukrywający na plebani Romana Kirsteina z zarządu regionu "S") udzielili dwóch ślubów - Barbarze i Andrzejowi Morze oraz Krystynie i Jarosławowi Chołodeckiemu.- Ten ślub to zasługa Józefa. Byłem agnostykiem, żyłem w związku cywilnym i dopiero w Nysie uświadomił mi, że Kościół to nie obrządek, tylko wspólnota. Imponował mi swoją wiarą, swoją osoba, tym, że był prawdziwy. To u niego spowiadałem się po raz pierwszy od piętnastu lat. I przez niego uznałem, że chcę wziąć ślub kościelny - wyznaje Chołodecki (Andrzej Morze wyemigrował do USA, gdzie jest policjantem, nie ma z nim kontaktu).

Ślub i wesele w otmuchowskim zamku przemieniło się w pierwszy zlot internowanych. - Esbecja nie miała pojęcia co się szykuje, bo Jarek i Krzysiek Stachowski osobiście jeździli do ludzi, by ich zaprosić. Nie było żadnych pośredników - opowiada Klusik, weselny intendent. Goście również nie znali szczegółów. Zjeżdżali sukcesywnie pod nyską katedrę i dopiero stamtąd byli przewożeni samochodami osobowymi do Otmuchowa.

Wesele w otmuchowskim zamku przeszło do historii. Esbecy dowiedzieli się o nim dopiero trzy dni później. - Z białego wywiadu, bo ludzie w autobusach gadali, że w Otmuchowie na zamku był Wałęsa - mówi Klusik.

Rzeczywiście, miał być zaproszony. - Jednak odpuściliśmy ten pomysł. Lechu najpewniej siłą rzeczy zdominowałby swoją osobą imprezę, a o to nam nie chodziło. My chcieliśmy po prostu pobyć razem i pogadać - tłumaczy Kirstein.

Ksiądz Sztonyk gościł na weselu, podobnie jak ojciec Czaplak. - Ale wpadli na chwilę, nie brali udziału w przytupach - opowiada Klusik.

- Bez księdza Sztonyka ten zlot by się nie udał. Miał świadomość, że uczestniczy w spisku, ale najpewniej uważał, że jest to oczywistą konsekwencją bycia naszym kapelanem. Myśmy jemu zostali powierzeni, więc spełniał swoją misję - analizuje Chołodecki.

Cudu nie było?

W grudniu 1983 roku ks. Sztonyk objął parafię w Dąbrowie Niemodlińskiej. Tym samym spotkania z Nysy przeniosły się pod Opole.

Na krótko. Niespodziewanie zaskoczyły go pierwsze objawy choroby, które ignorował. - Zawsze zdrowy, wysportowany, łatwo zadawalający się spartańskimi warunkami życia, lubiący turystykę. Ten, który nie uznawał leżenia z powodu grypy, przeziębienia czy anginy i tym razem nie chciał dopuścić myśli o chorobie - zapewnia ks. prof. Dola

.W 1987 roku był po raz pierwszy operowany na kamicę woreczka żółciowego w szpitalu w Niemodlinie. Pół roku później w śląskiej klinice w Zabrzu. Diagnoza - przewlekłe zapalenie trzustki.

Klusik przyjeżdżał do niego, by robić mu akupresurę stopy. - Dogorywał. Zaprzyjaźniona rodzina zasugerowała mu przewiezienie do szpitala klinicznego w Mainz nad Renem, licząc chyba na cud. Już w podróży trzeba go było reanimować. Zmarł rano 19 kwietnia 1989 roku w Moguncji - relacjonuje ks. prof. Dola.

Na pogrzeb na cmentarz parafialny przyszły tłumy, a bardzo osobistymi słowy pożegnał go bp Alfons Nossol (byli kolegami ze studiów). Wykorzystał osobę ks. Sztonyka by napomnieć i zachęcić duchowieństwo i wiernych do jedności ponad różnice pochodzenia terytorialnego i języka, do jedności ponad zakorzenionymi uprzedzeniami.

- Ktoś powie, że człowiek w więzieniu łatwo się przed księdzem otworzy, bo jest podatny. Ale to była zasługa jego autorytetu. Przecież ci ludzie w Dąbrowie Niemodlińskiej nie siedzieli w więzieniu. Był u nich tylko pięć lat, a już w rok po śmierci Józefa nadali jednej z ulic jego imię - mówi Klusik, który kilka razy do roku odwiedza grób swojego przyjaciela. - Był od rzeczy przyziemnych i wzniosłych. Gadaliśmy o wielkich sprawach, a dopiero po jego wyjściu zauważaliśmy w kącie torbę z kaczką. Dostał ją pewnie od jakiś gospodarzy, to się z nami podzielił - opowiada wzruszony.

1 września razem z kolegami z pierwszej Solidarności Klusik pojedzie z kwiatami na cmentarz w Dąbrowie. - Ja myślę, że ks. Sztonyk nas rozpuścił. Staliśmy się wymagający wobec kleru, bo on podniósł nasze wyobrażenie o poziomie intelektualnym księdza, o jego przygotowaniu merytorycznym, duchowym. Nigdy już od tamtej pory nie udało mi się spotkać drugiego takiego kapłana jak on. Kapłana Solidarności i KPN-u, ludzi o poglądach lewicowych i prawicowych. Jego nasze poglądy nie obchodziły. Odcinał się od wszelkich sporów, ale był jednym z nas - puentuje Jarosław Chołodecki.

żródło: Gazeta Wyborcza Opole